Maciej Kwiatkowski (e-basket.pl), Piotr Makulec (probasket.pl), Sebastian Hetman (Bunio) oraz Rafał Juć (Collegehoops.pl) to czterej koledzy po fachu lub ot tak po prostu, donoszący i piszący o sprawach aktualnych, ważnych i mniej ważnych, związanych z amerykańską profesjonalną i akademicką koszykówką.

wtorek, 28 kwietnia 2009
121-63

Dwyane Wade nie miał wczoraj najlepszego dnia. Spodziewałem się 40-50 punktów, po tym co mówił przed meczem Mike Woodson o taktycznych planach Hawks, a tymczasem Wade faktycznie oddał dużo, bo aż 26 rzutów, ale trafił tylko 9 i zaczął regularnie trafiać dopiero gdy Heat mieli już 10-punktową stratę w czwartej kwarcie. To i aż 18 zbiórek Zazy Pachulii w zasadzie najlepiej oddaje to jak wyglądało to spotkanie. Wade pudłował, Zaza zbierał i Miami Heat znowu mieli problemy na atakowanej desce, gdzie zebrali tylko jedną piłkę przez 30 minut meczu.

Świetne rzuty Jamesa Jonesa w drugiej kwarcie (za trzy z faulem, razy dwa) oraz jedna trójka Wade'a zmniejszyły straty Heat z 25-44 do 42-46. W trzeciej częsci meczu nadal nie mógł wstrzelić się Wade i choć dobrze grał Jermaine O'Neal (ponownie, 20 pkt.), to nie miał żadnego wsparcia wśród graczy obwodowych. Dodatkowo ławka rezerwowych drugi mecz z rzędu była niewidoczna - tylko 2 punkty. Gdzie jest Mike Beasley w tej serii? Spodziewałem się, że właśnie tutaj, w rywalizacji z równie atletycznymi skrzydłowymi będzie kimś w rodzaju X-Factor.

Hawks wygrali rzecz jasna dzięki aktywności na tablicach i dobrej defensywie. Do tego kilka kontrataków i Hawks wyglądają w tej serii na zespół, który ...nie wygra tej serii, ale nie pozwoli jej przegrać... Heat natomiast są zespołem atakującym, który swoją grą dyktuje warunki. Defensywa Hawks nie jest bowiem aż tej klasy - w dodatku bez Marvina Williamsa i z mającym problemy z faulami Alem Horfordem - by stanowić postrach nie tylko dla Wade'a, ale i dla jego kolegów. Tymczasem po dwóch bardzo dobrych ofensywnie meczach Heat przyszedł strzelcki dołek.

To jednak nic. Nuggets roznieśli, wysadzili, zdetonowali, zamietli, pogrążyli, upokorzyli, znokautowali NO Hornets w ich własnej hali. 121-63. Wow. Nie widziałem takiego pogromu od czasu, gdy mój profesor z Polityki Społecznej usadził połowę drugiego roku. Nie będę nic pisał na ten temat, bo aż przykro mi było to oglądać i to żadna ironia czy naśmiewanie się. Lepiej sprawdźcie sam box-score. Tylko huragan Katrina w tym regionie poczynił większe straty.

Jedna uwaga - Nuggets w drugiej części sezonu pokazali że chyba jak żaden zespół w lidze potrafią cały czas cisnąć pedał gazu (co nie zawsze podoba się przeciwnikom w czwartych kwartach), ale takich też mają rezerwowych, którzy prócz tego, że grają energetycznie (Andersen) to mogliby zdobywać powyżej 20 punktów w kilku klubach ligi (JR Smith). Wiem, że Hornets są niestety słabsi i rozbici przez urazy, ale Nuggets z Chauncey'em Billupsem i Carmelo Anthony'm na czele zaczynają być tak już zupełnie "For Real". Chciałbym zobaczyć ten agresywny i głęboki w rezerwowych zespół w starciu z Lakers już od jutra.

Jest dzisiaj rano coś gorszego od Hornets?

Tak - bycie ich kibicem. Sic. Nasz prezydent powinien ogłosić żałobę w Nowym Orleanie.

Lakers prowadzą z Jazz 54-40, kończy się pierwsza połowa i zanosi się na dosyć łatwe zwycięstwo. Obym się nie mylił, bo nie zamierzam tego oglądać do końca.

UPDATE: 62-44 na początku drugiej połowy. Jazz spudłowali ostatnie 8 rzutów.

06:08, mac.kwiatkowski
Link Komentarze (12) »
TRIK, DZIAŁA?

Wejdźcie na www.espn.com

Naciśnijcie gdzieś myszką na stronie , tak by nie nacisnąć na link, a potem...

Wciśnijcie jak następuje:

1) Strzałka w górę 2) strz. w górę 3) strz. w dół 4) strz. w dół

5) strz. w lewo 6) strz. w prawo 7) w lewo 8 ) w prawo

9) B

10) A

11) enter

I poczekajcie moment...

UPDATE: ESPN już to wykasował - chyba moment po tym poście - i dobrze dla nich. Chodziło o coś takiego

Wiem... ale nie miałem co robić i czekałem już tylko na Atlanta/Miami.  

01:25, mac.kwiatkowski
Link Komentarze (8) »

DNIÓWKA: 27 KWIETNIA (poniedziałek)





Czekam z niercierpliwością na dzisiejsze mecze. Zwłaszcza na dwa pojedynki, które rozpoczną się o godzinach 2:00 i 2:30. Najpierw czwarty mecz Miami Heat i Atlanty Hawks, gdzie Joe Johnson trafił tylko 10 z 30 rzutów w dwóch ostatnich grach. Oglądając te trzy mecze tej serii nie trudno się zresztą temu dziwić - za mało jest zagrywek na Johnsona. Mike Woodson mógłby podpatrzeć w jak prosty sposób Doc Rivers stara się uwolnić Ray'a Allena. Johnson czasem próbuje być LeBronem Jamesem (pamiętacie mecze Atlanty z Celtics u siebie rok temu), dryblując pomiędzy dwoma obrońcami i wchodząc do kosz, ale przede wszystkim nadal pozostaje catch&shooterem - stąd zresztą w dużej mierze moim zdaniem przytknięta mu została łatka zawodnika "niedocenianego". Dziennikarze z Atlanty liczą też na to, że lepiej spisywac się będzie Al Horford, któremu Jermaine O'Neal rzucił w dwóch ostatnich spotkaniach 41 punktów. Czytałem też w dzisiejszej - szumnie nazywając - prasie (choć to przecież tylko www) o tym, że trener Woodson planuje w tym meczu odciąć pozostałych graczy Hawks i pozwolić Dwyane'owi Wade'owi na zdobycie nawet i 60 punktów. Jeśli Heat uda się zwolnić grę i szybko wracać do obrony, to przed Hawks może być dzisiaj zbyt duża presja do udźwignięcia. Choć z drugiej strony jeśli mowa o sprostaniu presji to mam przeczucie, że dzisiaj Mike Bibby trafi 4 czy 5 trójek. Czy to coś jednak zmieni? Czy 60 punktów Wade'a zagwarantuje Heat zwycięstwo? Zobaczymy.

Czy New Orleans Hornets odeprą agresywnie grających Denver Nuggets? To bardzo fizyczna seria. W samym ostatnim meczu sędziowie odgwizdali aż 58 fauli. Czy Chris Paul otrzyma w końcu wystarczającą pomoc od Davida Westa? Chauncey Billups ocenia otwarcie i przyznaje, że Nuggets wygrają dzisiejsze spotkanie w Nowym Orleanie. Tyson Chandler mówi natomiast, że ma poważne problemy z poruszaniem. A jednak jego zastępca Sean Marks (nie wierzę, że to piszę) rozegrał jedno z najlepszych spotkań w swojej karierze w NBA, dając solidną zmianę w trzecim meczu. Dobrze zagrał też w końcu James Posey. Mam dzisiaj dobre przeczucie odnośnie Hornets - to może być ich pierwszy dobry mecz tej serii. Czy CP3 utrze nosa Billupsowi? Nie mogę się doczekać tego meczu.

Kontuzja Luke'a Waltona - choć to cały czas rezerwowy i mogłoby się wydawać, że ma więcej fanów w NBA wśród kobiet niż wśród mężczyzn - stawia Phila Jacksona przed interesującym dylematem: kto będzie rezerwowym niskim skrzydłowym? Walton to jeden z moich trzydziestu-czterdziestu ulubionych graczy w lidze, z racji na to, że doskonale rozumie tak niełatwą do pojęcia taktykę "triangle-offense". Nawet pisałem wczoraj wiadomość pewnemu czytelnikowi e-basketu, tłumacząc mniej więcej o co chodzi w ofensywnej taktyce "trójkąta" i wskazywałem mu, żeby przede wszystkim patrzył na to, w których miejscach porusza się właśnie Walton, który bardzo rzadko łamie ustawienia taktyki Jacksona... No i wykrakałem. Pardon. Walton to ważny element rotacji Lakers, taki trochę cichy jej element, ale jeden z najlepiej podających niskich skrzydłowych w lidze. Jestem ciekaw czy Jackson zdecyduje się grać teraz nisko z Bryantem lub Shannonem Brownem na trójce gdy Ariza będzie odpoczywał, czy też - w co bardziej wątpię - pojawi się na parkiecie razem niewidziana od dawna, a tak zapowiadana przed sezonem trójka Odom - Gasol - Bynum. Przy okazji Lakers muszą to spotkanie wygrać, co może być cięższym zadaniem niż zwycięstwa w dwóch poprzednich meczach u siebie. Odkąd jednak Kobe jest najlepszym "closerem" w lidze - cięzko dziś nie typować "Jeziorowców". Aczkolwiek... Nie mów hoop póki pekaes. Andrew Bynum będzie miał solidną motywację, by pokazać się w tym meczu. Mam nadzieję, że Paul Millsap też, bo dzisiaj pewnie połowa grających w Drive to the Finals wystawiła go do składu.

Wtorek, 28 kwietnia:
01.00 Chicago @ Boston
01.30 Philadelphia @ Orlando
03.30 Dallas @ San Antonio
04.00 Houston @ Portland


00:54, mac.kwiatkowski
Link Dodaj komentarz »
LAKERS BEZ WALTONA

Luke Walton, będący ostatnio w dobrej formie i bardzo pożyteczny gracz rotacji LA Lakers, który przez część tego sezonu zaczynał mecze w pierwszej piątce - a zarazem gracz dosyć niedoceniany - opuści przynajmniej najbliższy tydzień z powodu kontuzji kostki. Wobec urazu Waltona Phil Jackson albo zdecyduje się dać duże minuty Trevorowi Arizie, ale najpewniej zdecyduje się grać niższym składem z Kobe'm Bryantem czy Shannonem Brownem na pozycji niskiego skrzydłowego. Być może pogra coś w końcu Adam Morrison.

 

00:08, mac.kwiatkowski
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
MRI POTWIERDZA URAZ GORDONA

MRI potwierdziło uraz Bena Gordona. Najlepszy strzelec Chicago Bulls nadwerężył ścięgno udowe i jest "day-to-day", czyli jego występ w jutrzejszym meczu stoi pod znakiem zapytania, choć oczywiście można przypuszczać, że raczej zagra. Nie jest to jednak najlepsza informacja dla Bulls w tym momencie, gdy kontuzjowany też jest John Salmons, który rzuca w tej serii o 10% mniej skutecznie niż w sezonie regularnym (37%) i wyraźnie nie jest sobą.

PS. Nie pamiętam w tej serii udanej akcji Paula Pierce'a gdy bronił go inny Jayhawk, Kirk Hinrich

22:40, mac.kwiatkowski
Link Komentarze (5) »
DWA KROKI DO PRZODU: CZY ROCKETS SĄ W STANIE ZAGROZIĆ LAKERS?

Oglądając grę Houston Rockets zastanawiam się nad tym jaką szkodą dla tego teamu jest fakt, że Ron Artest oddaje tyle rzutów z półdystansu. Może i trafia 40 procent trójek, ale jego skuteczność na 5-6 metrze wynosi pewnie 10 procent mniej, a w "clutch-time" tylko 24%.

Gdybym był trenerem Adelmanem starałbym się ustawiać Artesta jak najczęściej tyłem do kosza (nie musi to być tak często, ale z 5-6 razy w meczu) i ewentualnie pozwalać tylko na rzuty trzypunktowe - statystyki od lat przecież nie kłamią. Nie odkryłem rzecz jasna Ameryki, ale to jednak oczywiście jest pewnie nie tak proste do wykonania, biorąc pod uwagę, że Ron Artest lubi być Kobe Bryantem - tak jak wczoraj gdy spudłował 15 z 20 rzutów.


Jednak warto zauważyć coś w co wielu wątpiło - przez cały sezon nie słychać o żadnych konfliktach wywołanych obecnością Artesta, a zespół z nim w składzie jest lepszy niż gdy na tej samej pozycji grał Tracy McGrady. Nie twierdzę, że Artest jest lepszym koszykarzem niż McGrady, ale dzięki tej zmianie Rockets stali się nie tylko teamem grającym zespołową koszykówkę, ale też przestali być traktowani jako drużyna grająca "soft". Tak wczoraj sobie właśnie pomyślałem o tym jak to w zeszłorocznych play-offs i po nich błogosławiony był James Posey (m.in. przeze mnie) za swoją twardą i nieustępliwą grę.

Cóż.. Rockets mają trzech takich Jamesów Posey'ów - i to w pierwszej piątce: Shane Battier, Artest i Luis Scola. Nigdy jeszcze nie widziałem, by Scola nie radził sobie z którąś z czwórek w NBA. Prócz tego, że jest nieustępliwy - to jeden z najmądrzejszych graczy w lidze.

Czy Rockets są więc w stanie zagrozić Los Angeles Lakers? W sezonie regularnym przegrali wszystkie cztery mecze i nie wiem czy starczy im siły ofensywnej, by pokonać Lakers, ale z drugiej strony, gdy spojrzeć na match-upy to Lakers zdają się mieć czystą przewagę tylko na jednej pozycji... W dodatku Rockets są teraz dużo lepszym zespołem niż byli jeszcze dwa miesiące temu.

Lakers wg mnie nie mogli sobie wymarzyć lepszego rywala w drugiej rundzie. Dzięki tej serii - jeśli ją wygrają na co daje 80/20 szans - uzyskają bojowy chrzest przed ewentualnymi potyczkami z Denver czy potem z Cleveland, ale czy Rockets stać na sprawienie sensacji? Nie wszystko sprowadzać się bowiem będzie do pojedynku Artesta i Bryanta - wg mnie Rockets mają poważne szanse wygrać deski z "Jeziorowcami", a seria z Trail Blazers tylko ich w tym dokształca.

20:28, mac.kwiatkowski
Link Komentarze (8) »
STARVIN MARVIN, MOON i BEN JORDAN

Jamario Moon nie zagra w dzisiejszym meczu nr 4 serii Atlanta/Miami. Natomiast prawdopodobna jest gra Marvina Williamsa, który wziął udział w porannej rzutówce.

Ben Gordon przejdzie badanie MRI na kontuzjowanym ścięgnie udowym. Urazu doznał ponoć wczoraj w drugiej kwarcie. Nie przeszkodziło mu to jednak w oddawaniu decydujących o zwycięstwie rzutów czy tym bardziej w agresywnym atakowaniu kosza. 

20:00, mac.kwiatkowski
Link Komentarze (4) »
Z DETROIT DO LOS ANGELES
Los Angeles Times na swoich stronach zamieścił wczoraj późnym wieczorem niezwykle interesujący artykuł o człowieku, który stał za ruchami kadrowymi i sprowadził Lakers w latach 40-tych do Minneapolis, skąd dopiero potem trafili do Los Angeles.
89-letni Sid Hartman był 60 lat temu felietonistą (i do dzisiaj jest!) w działającym do dzisiaj największym dzienniku w Minnesocie "Star Tribune". I to on stał za tym, by w 1947 roku kupić zespół ...Detroit Gems i przenieść go do Minneapolis.
Hartman opowiada też o tym jak to ówcześni Lakers byli bliscy pozyskania Billa Russella i zadaje pytanie retoryczne. Czy jeśli Russell grałby w Minneapolis Lakers to czy ten klub kiedykolwiek przeniósłby się do Kaliforni?
Oto link do artykułu dla zainteresowanych.
15:17, mac.kwiatkowski
Link Dodaj komentarz »
DZIEŃ "TRÓJEK"

To nie trybuna na Old Trafford. Nie, nie.

Houston kontra Portland to chyba moja ulubiona seria pierwszej rundy play-offs. Mnóstwo szachów jednych i drugich przy kryciu Yao Minga czy Brandona Roy'a. Zespołowa gra Rockets i coraz lepsza defensywa młodych Blazers.

A jednak gdy pozwala się drugiej drużynie zebrać aż 10 piłek w ataku przy zaciętym meczu (i oddać 14 rzutów więcej przez całe spotkanie) - ciężko spodziewać się, że można wygrać jakiś pojedynek w play-offs. To właśnie wczoraj zrobili - a raczej, tego właśnie wczoraj nie zrobili zawodnicy Portland w czwartej kwarcie. Nie liczyłem dokładnie, ale myślę, że ponad połowa z 25 punktów zdobytych przez Rockets przez ostatnie 12 minut to były punkty po ponowieniu akcji. I nie były to dobitki spod kosza. Nie, nie. Luis Scola czy Kyle Lowry (3 zb. w ataku, w tym jedna gdy wyciągnął się jakby miał złapać piłkę i zaraz zaliczyć przyłożenie) wycofywali piłkę na obwód skąd Rockets zaczynali akcje od nowa.

I podobnie jak w trzecim meczu, i też gdzieś tak na 4-5 minut przed końcem, i też z na przeciw kosza - Shane Battier trafił wielki rzut za trzy. A potem drugi raz z rogu przez ręce Steve'a Blake'a. Battier powiedział po meczu, że drugi rzut miał być tylko tzw. "heat check", czyli sprawdzeniem czy faktycznie wpada mu wszystko co rzuci w kierunku kosza.

Battier nie jest zwykle gwiazdą Rockets, ale ktoś musiał w końcu zabrać piłkę z rąk Rona Artesta (5/20) i trafiać rzuty. Houston przegrywało 77-71 na starcie czwartej kwarty, gdy dwie świetne akcje Yao 1-na-1 i celny rzut Luisa Scoli wyrównały wynik meczu. Potem był już tylko Battier i festiwal zbiórek w ataku. I nie można tu tylko winić podkoszowych Blazers (Aldridge, Przybilla), ale też i obwodowych, bo kilka z tych niecelnych rzutów Rockets odbijało się na 3-4 metr, gdzie Lowry zebrał piłkę 3 razy, raz Battier i raz jeśli się nie mylę Scola.

Najważniejszym momentem meczu była jednak akcja w ostatnich sekundach. 87-85 dla Houston, Artest pudłuje z czystej pozycji, 30 sekund do końca, Blazers biorą czas, po którym dzieje się to co przez całą czwartą kwartę, czyli Brandon Roy (31) wychodzi po piłkę, zostaje w izolacji (wcześniej grali troszeczkę częściej pick&rolle), wchodzi pod kosz, ale tam czeka na niego pewien specjalista w polu trzech sekund. Nie flopper, ale wytrawny spec od stawiania na faul ofensywny. Zawodnik, który grał w tym sezonie 900 minut i ani razu nie zaliczył dwucyfrowego wyniku punktowego w jednym meczu - mr. Chuck Hayes, który zdaje się, że został wprowadzony na parkiet tylko po to! Nie jest przecież żadnym zagrożeniem jeśli chodzi o bloki. Scola i Landry nie zbierają wcale gorzej, więc po co Rick Adelman miałby wstawiać na jedną akcję Hayesa? Ha.

Jeśli przyjąć, że LaMarcus Aldridge jest bliski All-Star, to pozycja nr 4 w Houston Rockets jest wg mnie jeszcze bliżej Meczu Gwiazd. Luis Scola i Carl Landry. Jako całość. Przez pełne 48 minut trzeba bowiem uważać na rzut z 4-5 metrów (drugi wysoki nie może dochodzić do Yao) czy inteligencję boiskową jednego i drugiego (zwłaszcza Scoli), która sprawia, że znajdują się we właściwych miejscach i we właściwym czasie. Scola miał wczoraj 7 zbiórek w ataku. I sprawdziłem właśnie - 47% rzutów Scoli i 44% Landry'ego to próby z pół-dystansu - trafiają obaj 44% z nich. Dla porównania - LaMarcus Aldridge i David West uznawani za dobrze rzucające "czwórki" trafiają po 42%. Jakbyście zastanawiali się w czym prócz zespołowej gry drzemie siła Rockets, to moim zdaniem w tej niezwykle efektywnej (co mecz), regularnej grze zawodników otaczających Yao na pozycji silnego skrzydłowego.

 

 

Orlando Magic nadal nie radzą sobie z Philadelphia 76'ers, ale wczorajsze półtorej kwarty w drugiej połowie było w końcu w ich wykonaniu na naprawdę wysokim poziomie. Przede wszystkim zaczęłym "Magikom" wpadać rzuty (Lewis), a ruch piłką otwierał więcej czystych pozycji, o które tak niełatwo w serii z bardzo dobrze broniącymi na obwodzie Sixers.

"Szóstki" natomiast pudłowały, zwłaszcza skutecznie zazwyczaj grający w tej serii Andre Miller i Iguodala (razem 10/31). Nie trafiał też Thad Young, który był wczoraj trochę czarną dziurą w ataku Sixers (6/17). Do pewnego momentu jednak 76'ers trafiali trójki tak dobrze (zaczęli 6/8, a potem 2/11), że nie mogłem w to naprawdę uwierzyć. To tak jakbym obudził się rano w połowie sezonu i zobaczył, że Brian Scalabrine jest liderem NBA w blokach. Ciekawa pomeczowa statystyka - Magic spudłowali 37 rzutów i zebrali TYLKO 3 piłki w ataku (wszystkie Howard). Druga - tylko 4 punkty ławki rezerwowych w tym meczu.

Na szczęście dla Magic spełniła się piękna historia - od tego właśnie są play-offs i za to je kocham. Hedo Turkoglu przy stanie 81-81 i czasie gry upływającym do 1.1 sek., trafił za trzy punkty przy asyście kryjącego go Younga. Game-winner! Turek w tym meczu trafiał w końcu, 8/11 , ale nienajlepiej wywiązywał się z roli playmakera (0 asyst, 4 straty).

Czy brak podań w kwartej kwarcie do Dwighta Howarda związany jest z jego średnią jeszcze grą 1-na-1? Czasem i tak wydaje mi się, że to najlepsze rozwiązanie, ale wczoraj Howard trochę zaprzeczył moim słowom, gdy dwukrotnie dostał piłkę tyłem do kosza, ale zamiast grać 1-na-1, zrobił kozioł i zagrał takiego podawanego pick&rolla raz z Turkoglu, a drugi raz już nie pamiętam z kim. Być może też z Turkiem.

 



Sixers i Chicago Bulls wygrali wszystkie swoje spotkania dopiero po końcówkach. Ostatnie minuty meczu Bulls/Celtics dłużyły się niemiłosiernie, dwie dogrywki, ale chyba nikt nie narzekał. David Stern ma szczęście, że już drugi tydzień z rzędu w globalnym prime-time spotyka kibiców na całym świecie mecz Boston i Chicago. 121-118, jak zwykle mnóstwo pick&rolli jednych i drugich, bardzo dużo "guard-play", mało gry post-up podkoszowych (tylko Perkins), sporo błędów przy tych wspomnianych pick&rollach, kilka wielkich rzutów (znowu Gordon i Allen).

Doc Rivers mówił po meczu, że nakazał swoim graczom faulować Johna Salmonsa zanim Ben Jorda.. Gordon trafił niesamowity rzut na 4 sekundy przed końcem dogrywki, który dał remis gospodarzom. Miał prawo być też być wściekły, gdy w ostatnich sekundach pierwszej dogrywki Rajon Rondo zamiast znaleźć Ray'a Allena czy Paula Pierce'a zdecydował się na rzut, co nadal w jego przypadku nie jest jeszcze niczym pewnym.

Świetne minuty w drugiej dogrywce zaliczył Joakim Noah. Bulls zaliczyli 9 bloków (po 3 Noah, Salmons, Tyrus) i dwa czy trzy z nich w dogrywkach, w kluczowych momentach (Noah na Davisie i bodajże Thomas na Allenie). "Byki" grały z sercem, bo chyba pierwszy raz w życiu widziałem, by team wygrał mecz, mimo tego, że ich rywale przez pierwsze 4 minuty dogrywki trafili każdy z 5 rzutów! Gdyby jeszcze Bulls trafiali lepiej osobiste (Rose, Gordon)...

Ostatnie trzy akcje to John Salmons i jego 4/4 z osobistych (9/9 w całym meczu) i czapa na Paulu Pierce. Bulls mieli szczęście w tej akcji, że Celtics nie mieli jeszcze czasu, bo to jak Bulls nie potrafią radzić sobie wobec ustawionych zagrywek na Ray'a Allena jest dla mnie niewytłumaczalne. Jak to możliwe, by drugi snajper za trzy w historii ligi (!) dostawał dwukrotnie piłkę w rogu boiska (w 4 kwarcie) urywając się po prostej zasłonie z wysokim wzdłuż linii końcowej. I to takiej naprawdę najprostszej, gdy jeśli obrońca nie przejdzie, to samo przekazanie przy kryciu sprawi, że odetnie się nawet linię podania do Allena, a potem można dopiero kombinować jak tu wrócić do oryginalnego krycia, ale żadnym wypadku nie zostawiać Allena wolnego dwie akcje z rzędu.

To samo przy rzucie Allena w ostatnich sekundach czwartej kwarty. Sugar Ray był wolny nie tylko na pozycji, z której rzucił, ale był wolny już 2 sekundy wcześniej, tylko, że nie dostał podania. Bulls mieli 2 sekundy, by poprawić swoje ustawienie (Rose i Noah), a mimo tego Allen nadal był na czystej pozycji. Bulls muszą zdecydowanie usprawnić tutaj defensywę, bo w TD Banknorth Garden Celtics będą grać na Allena równie często (5/11 za trzy). Tym bardziej, że Paul Pierce jest albo zmęczony sezonem, albo nienajlepiej umotywowany (9/24, 6 strat). Pierce i Allen zaliczyli wczoraj bardzo duże minuty. Czy jeden dzień przerwy i ciężka porażka wystarczy im na zregenerowanie sił i powrót do Bostonu? Wg mnie uratuje ich mimo wszystko przewaga własnego parkietu. W serii Magic/Sixers nie jestem tego jeszcze pewien.

A co do meczu Cavaliers/Pistons. Obydwa miasta dzieli 2.5 godziny, ale gdy w czwartej kwarcie kibice Pistons już się ulotnili, to zdaje się, że zostali tylko Ci, którzy przyjechali na ten mecz z Cleveland. Okrzykom "Let's Go Cavs" i "MVP" nie było końca. Cavaliers są już w drugiej rundzie i mają mnóstwo czasu na odpoczynek. Jedna rzecz, na którą muszą uważać to gra ich ławki rezerwowych. Chyba jedyne miejsce, gdzie to Pistons mieli przewagę w tej serii.

LeBron James zostal natomiast - jeśli dobrze widziałem statystykę w połowie meczu - trzecim graczem w historii (po Larrym B. i Oscarze R. ) który zakończył serię play-offs ze średnimi ponad 30 punktu, 10 zbiórek i 7 asyst. Wow. Mo Williams i Delonte West zagrali natomiast duuużo skuteczniej niż w trzecim meczu tych drużyn.

A jeśli chodzi jeszcze o statystyki - Rajon Rondo: 23.3 pkt, 10.7 zb, 10.0 asyst w meczu. Średnio triple-double po czterech meczach serii.


14:10, mac.kwiatkowski
Link Komentarze (13) »
PAU BLOGUJE
 
Pau Gasol bloguje od kilku dni dla Los Angeles Times. Póki co dorobił się dwóch wpisów, ale można przeczytać  m.in. o wizytach Gasola zarówno na rockowym koncercie Bruce'a Springsteena, jak i na koncercie operowym rodaka Placido Domingo. Gasol pisze też o tym jak to planował wybrać się na spacer po Salt Lake City, ale ostatecznie zrezygnował z tego "biorąc pod uwagę jak napięta jest rywalizacja między Jazz i Lakers". Słodko. 
13:37, mac.kwiatkowski
Link Dodaj komentarz »